Miłość i granice.  Jak kochać siebie w relacjach?

wpis w: Uncategorized | 0

 

Najpierw zobacz, czy potrafisz dbać o swoje granice sprawdzając, czy tych dziesięć przykładowych stwierdzeń dotyczy ciebie:

 

  1.   Uśmiecham się i potakuję, kiedy ktoś gada i gada o sobie lub swoich sprawach, chociaż mnie to nudzi i niecierpliwię się.
  2.   Pozwalam, żeby spotkanie ciągnęło się, goście siedzieli u mnie, chociaż nie mam już na to ochoty, lub jestem zmęczona.
  3.   Pozwalam, żeby partner obejmował mnie czy trzymał za rękę, kiedy tego nie chcę, albo w sposób, który mi nie odpowiada.
  4.   Pożyczam lub daję pieniądze rodzinie lub przyjaciołom, chociaż wcale tego nie chcę.
  5.   Wspieram finansowo partnera, dorosłe dziecko czy członków rodziny, którzy nie podejmują pracy.
  6.   Tłumię swoje niezadowolenie, kiedy partner zaprasza do naszego domu gości bez ustalenia ze mną.
  7.   Pozwalam, aby inni siedzieli, lub stali w zbyt bliskiej odległości, niekomfortowej dla mnie.
  8.   Sama robię rzeczy, które ktoś zgodził się wykonać, jeśli on je odwleka.
  9.   Mam swoją prawdę i zdanie, ale dla świętego spokoju pozwalam, aby ktoś myślał że się zgadzam.
  10.   Siedzę i słucham, kiedy ktoś obwinia mnie za swoje uczucia.

 

Naprawdę się nie zdziwię, jeśli na wiele z tych punktów odpowiedziałaś „tak”. Nie ma w tym żadnej twojej winy. Większość kobiet tak się zachowuje, ponieważ nie znamy innych standardów! Więc po pierwsze, proszę nie myśl na podstawie tego testu, że to tylko ty znów taka nieasertywna… Bo mało która kobieta zdaje sobie sprawę, co to znaczy głęboko kochać siebie i być jednocześnie w relacji z innymi. Dlaczego sobie z tego nie zdajemy sprawy? Bo takich standardów i takiego zachowania nikt nam nie demonstruje. Nikt nas nie uczy. Tego po prostu nigdzie nie widać!

 

Dlatego właśnie mało kto ma świadomość, że zdrowa, dorosła relacja, to 100% dbania o swoje potrzeby i 0% dbania o potrzeby innych.

 

Wiem, to zdanie brzmi jak jakaś heretycka wypowiedź z kosmosu i założę się, że od razu uruchomiło się w tobie mnóstwo niepokoju i wątpliwości. Przecież zajmowanie się tylko sobą to nie jest kochanie innych, to egoizm, to jest bardzo narcystyczne, a do tego niemożliwe, jeśli się w ogóle chce być istotą społeczną.  To, co znamy i czego jesteśmy wszyscy uczeni jako metoda na dobry związek nazywa się „kompromis”, a znaczy to tyle, że ja zrezygnuję trochę z siebie, ty trochę z siebie i tak będziemy tkwić w mniejszej lub większej rezygnacji z siebie. Kiedy rezygnacja z siebie jest taka niewielka, i da się wytrzymać bez wielkiego problemu, to to się nazywa dobry związek. A jak jest tak duża, że trudno wytrzymać, to jest zły związek. Ja tymczasem namawiam cię do przyjrzenia się zupełnie innej rzeczywistości i innej metodzie na tworzenie relacji. I zanim pomyślisz, że przesadzam i propaguję przepis na egocentryzm, a nie na miłość, to od razu tłumaczę.

 

Nie chodzi o to, żeby nie robić nic, co odpowiada na potrzeby i uczucia drugiego człowieka!

 

Nie, nie, jak najbardziej robić! Ale robić tylko wtedy, jeśli chcemy. Jeśli mamy ochotę zrobić coś dla kogoś. Najlepiej wcześniej upewniając się, czy to jest coś, czego ta osoba chce i potrzebuje, żeby się bez sensu nie namęczyć. Albo robić, kiedy on czy ona nas sami wyraźnie poproszą, a my również tego chcemy. Natomiast nie robić, jeśli to nas w jakikolwiek sposób męczy, nadużywa, powoduje nawet 1% poświęcania się, naginania, przemilczania, niewygody czy niezadowolenia. I na pewno, pod żadnym pozorem, nie robić niczego dlatego, że czujemy się odpowiedzialne za czyjeś samopoczucie i czujemy się winne, jeśli czegoś nie zrobimy.  Lub uważamy, że możemy kogoś „zranić” i dlatego unikamy połowy swoich własnych reakcji, uczuć i potrzeb.

 

Dlaczego tak?

 

Bo inaczej znajdziesz się w większym, lub mniejszym stopniu we współuzależnionej relacji, która nie ma nic wspólnego z miłością. Współuzależniona relacja to taki układ, gdzie każda strona przenosi odpowiedzialność za swoje uczucia i potrzeby na drugą stronę i grają w grę wybawca-ofiara-prześladowca. Po kobiecej stronie zaczyna się to najczęściej od wejścia w rolę wybawicielki.

Sama zobacz, czy znasz taki trójkąt dramatyczny w praktyce:

 

Koleżanka dzwoni o 21.45 i pyta czy masz chwilę, bo potrzebuje pogadać o swoim problemie. W sumie to akurat jesteś bardzo zmęczona i myślałaś że weźmiesz kąpiel, a potem się położysz i zrelaksujesz. Ale myślisz, skoro ktoś dzwoni z potrzebą, to możesz odsunąć tę kąpiel na chwilę i jej wysłuchać. W tym momencie wzięłaś odpowiedzialność za uczucia koleżanki i stałaś się wybawicielką.

 

Ale wiadomo, kto rozmawia o problemach „chwilę”. Więc rozmowa przeciąga się. Czujesz w środku głosik powiększającego się zniecierpliwienia, ale koleżanka dalej wydaje ci się w potrzebie, więc sięgasz po więcej cierpliwości żeby wysłuchać, zrozumieć, doradzić… Jednocześnie pojawia się w tobie złość, która mówi: gdzie jest moja kąpiel? Dlaczego ona tyle gada? Dlaczego ona wcale nie bierze tego, co jej daję?  Jak można  dzwonić "na chwilę" i gadać 45 minut o godzinie 22-giej? W końcu, w 45-tej minucie, odważnie komunikujesz swoje uczucia: "Wiesz co, ta rozmowa zaczyna mnie frustrować, bo nie udaje mi się chyba dać ci tego, czego chcesz". Dalej nie mówiąc, że tak naprawdę to ty chcesz kąpieli… W ten sposób przeniosłaś odpowiedzialność za swoje uczucia na nią, i weszłaś w rolę prześladowcy, czyli kogoś, kto obwinia i ocenia. Zwróć tutaj uwagę, jaką pułpką może być tzw. "komunikowanie swoich uczuć"...

 

Na to koleżanka odpowiada „Acha, OK. No to chyba kończymy rozmowę? No to cześć, do usłyszenia.” A ty czujesz się wykorzystana, zużyta, obrażona, zła na siebie i postanawiasz, że ta osoba zupełnie nie jest w twoim typie. I tak lądujesz w roli ofiary…. I dalej przenosisz na nią odpowiedzialność za swoje uczucia, uważając gdzieś w głębi, że to ona powinna była o tobie pomyśleć...

 

Widzisz już? Czy rzeczywiście ma to sens, rezygnować z siebie, bo ktoś cię potrzebuje? Czy ma sens ubieranie się jakoś, bo twój partner tak lubi, ale nie ty? Ma sens jechanie nad morze, chociaż wolę góry, bo to dla niego? Ma sens pracowanie do 22-giej każdego dnia, aby potem awans dostał ktoś inny?

 

Dlaczego to robimy? Bycie wybawcą znaczy, że „w głębi duszy nie wierzysz, że masz prawo istnieć. Chcesz robić więcej i lepiej, i szybciej mając nadzieję, że kupisz sobie prawo do istnienia. Na poziomie dziecka, masz sekretną nadzieję, że kiedy dasz swojemu partnerowi wszystko czego potrzebuje, wtedy on będzie spełniony i w końcu ktoś zaopiekuje się tobą. Jedyny moment kiedy czujesz, że możesz odpocząć lub zrelaksować się jest gdy jesteś sama, wykończona lub chora. Właściwie, choroba lub uraz są jednymi z niewielu ‘prawnie uzasadnionych’ sposobów abyś w końcu pozwoliła sobie i innym na skupienie się na tym czego ty sama tak naprawdę potrzebujesz” - pisze Joan Cassey, w artykule „Taniec Dramatu”.

 

Czy teraz udało mi się przekonać cię, do tego stuprocentowego dbania o swoje potrzeby i zostawienia innych dorosłych ich własnej umiejętności robienia tego samego?

 


Daj się zainspirować!

zapisując się na newsletter o miłości do siebie.

Tylko miłość własna w najlepszym wydaniu. Zero spamu.